Przejdź do treści
Media i wolność słowa

Fake news w Polsce 2026: ile jest naprawdę i kto na nim zarabia

Fake news w Polsce 2026: ile jest naprawdę i kto na nim zarabia

Skala zjawiska: ile fake newsów naprawdę krąży w polskim internecie w 2026 roku

Pytanie brzmi prosto. Odpowiedź jest znacznie trudniejsza. Nikt nie prowadzi bowiem jednego, centralnego licznika, który codziennie zliczałby fałszywe treści w polskim internecie. Takie dane po prostu nie istnieją, a każdy, kto podaje jedną konkretną liczbę, coś upraszcza.

To, co da się zmierzyć, to reakcje: zgłoszenia do platform, praca fact-checkerów i zasięgi konkretnych przekazów. Skala zjawiska rośnie nie tylko wtedy, gdy fake newsów jest więcej. Rośnie też wtedy, gdy te same treści są sprawniej powielane i szybciej docierają do odbiorców.

W praktyce trudno oddzielić ilość od zasięgu. Jeden sprawnie napisany post potrafi dotrzeć do większej liczby osób niż dziesiątki drobnych, nieszkodliwych przekłamań. Diabeł tkwi w szczegółach dystrybucji, nie w samym liczeniu.

Zamiast więc szukać jednej liczby, lepiej patrzeć na kategorie. Różnią się one mechaniką rozprzestrzeniania i tym, jak łatwo je podważyć.

  • Dezinformacja polityczna – pojawia się najczęściej w okresach kampanii i sporów wokół instytucji publicznych.
  • Treści pseudomedyczne – obiecują szybkie efekty i często krążą w grupach zamkniętych, trudnych do zbadania.
  • Manipulacje finansowe – fałszywe „okazje inwestycyjne" i podszywanie się pod znane marki.
  • Zmanipulowane wideo i zdjęcia – coraz łatwiejsze do wygenerowania, coraz trudniejsze do wychwycenia.
  • Satyra brana na serio – materiał żartobliwy, który oderwany od kontekstu zaczyna żyć własnym życiem.

Coś jeszcze komplikuje obraz. Część fałszywych treści nie jest tworzona po to, by ktoś w nie uwierzył. Powstają dla kliknięć, a kliknięcia zamieniają się w pieniądze z reklam. I tu zaczyna się problem, o którym za chwilę.

Kto produkuje fake newsy w Polsce: mapa twórców i ich motywacji

Nie ma jednego typu autora dezinformacji. Są ich co najmniej cztery, a każdy kieruje się innym interesem. Diabeł tkwi w szczegółach, bo od tego, kto produkuje fake newsa, zależy, jak trudno go później zdementować.

Na jednym końcu są farmy treści. Strony tworzone hurtowo, często anonimowe, nastawione na jeden cel: wyświetlenia i kliknięcia w reklamy. Nie chodzi o przekonania, chodzi o ruch. Na drugim końcu mamy aktorów politycznych i ich zaplecza, dla których fałszywa informacja jest narzędziem walki o narrację, a nie źródłem dochodu z reklam.

Pomiędzy nimi działa szara strefa: konta w mediach społecznościowych prowadzone dla zasięgów, prowizji od linków albo po prostu dla uwagi. Typowy przykład: ktoś zakłada kilka profili, wrzuca sensacyjny nagłówek bez źródła, a gdy post się rozniesie, kasuje go i zakłada następny. Brzmi prosto. Tylko że dla platformy to zwykły użytkownik, a dla odbiorcy prawdziwa wiadomość.

Typ twórcy Główna motywacja Gdzie najczęściej działa
Farmy treści Ruch i przychód z reklam Własne strony, agregatory
Aktorzy polityczni Kształtowanie narracji Media społecznościowe, zaplecza
Konta dla zasięgów Uwaga, prowizje, linki Platformy społecznościowe
„Pożyteczni idioci" Przekonanie, że szerzą prawdę Grupy, komentarze, udostępnienia

Ostatnia kategoria jest najciekawsza. To ludzie, którzy nie zarabiają ani grosza, a jednak powielają fałszywe treści, bo wierzą, że robią coś dobrego. Bez owijania w bawełnę: to najtrwalszy kanał dezinformacji, bo nie da się go zamknąć jak strony z reklamami.

Moim zdaniem farmy treści są mniejszym zagrożeniem niż zorganizowana propaganda, ponieważ farmę można wytropić po schemacie i odciąć od reklamodawców, a przekonany „udostępniacz" działa dobrowolnie i bez żadnej struktury do rozbicia. A co jeśli okaże się, że to właśnie on dociera do największej liczby osób?

Reklamowe eldorado: jak działa monetyzacja dezinformacji w Polsce

Diabeł tkwi w szczegółach, których większość z nas nie widzi. Fake newsy nie powstają z nienawiści do prawdy. Powstają, bo ktoś na nich zarabia. I to całkiem nieźle.

Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa. Sensacyjny nagłówek przyciąga kliknięcia. Kliknięcia generują odsłony. Odsłony zamieniają się w pieniądze z reklam programmatic, czyli automatycznego kupowania powierzchni reklamowej. Im większe oburzenie, tym wyższy współczynnik klikalności, a dla sieci reklamowych liczy się właśnie zaangażowanie, nie prawda.

Gdzie realnie płyną pieniądze

Wbrew obiegowej opinii, nie trzeba mieć wielkiego portalu, żeby na dezinformacji zarabiać. Wystarczy strona z treściami, które ludzie chcą udostępniać dalej. Oto typowe źródła przychodu w tym modelu:

  • Reklamy programmatic wyświetlane automatycznie na podstawie profilu odbiorcy, płatne za wyświetlenie lub kliknięcie.
  • Artykuły sponsorowane i tak zwane treści natywne, które wyglądają jak materiał redakcyjny, a są zwykłą reklamą.
  • Płatne współprace z podmiotami politycznymi lub firmami, które chcą wypromować konkretną narrację.
  • Pośrednictwo w sieciach reklamowych, gdzie właściciel serwisu oddaje część zysku brokerowi w zamian za dostęp do reklamodawców.
  • Sprzedaż danych o użytkownikach, którzy trafili na stronę przez emocjonalny nagłówek.

Problem w tym, że system rozliczeń w reklamie cyfrowej nie pyta o prawdziwość treści. Pyta o zasięg. A co jeśli się okaże, że dla pośredników to w ogóle nie jest problem, tylko cecha modelu?

Moim zdaniem lepiej działa jawne oznaczanie treści sponsorowanych niż same kary nakładane po fakcie, ponieważ odbiorca dostaje narzędzie do filtrowania już przy pierwszym kontakcie, a nie dopiero po interwencji organu. Kara przychodzi miesiące później. Etykieta działa od razu.

Dlaczego to się opłaca

Typowy przykład: wyobraź sobie portal, który publikuje artykuł o rzekomym zagrożeniu dla zdrowia. Tekst nie ma podpisu autora, za to ma sześć banerów reklamowych i przycisk do udostępniania. Czytelnik wchodzi z ciekawości, wychodzi z niepokojem, a właściciel serwisu inkasuje za każdą odsłonę. Zero weryfikacji, czysty zysk.

Trudno się dziwić, że ten biznes kwitnie. Dopóki uwagę da się przeliczyć na złotówki, dopóty dezinformacja będzie miała swojego sponsora. Nie zawsze politycznego. Czasem po prostu handlowego.

Kto płaci za fake newsy: sieci reklamowe, giełdy treści i platformy

Bez owijania w bawełnę: fake news rzadko jest dziełem kogoś, kto działa charytatywnie. Za większością zorganizowanej dezinformacji stoi model zarabiania na wyświetleniach. Pieniądze nie płyną od czytelnika. Płyną od reklamodawcy, który często nawet nie wie, gdzie trafia jego budżet.

Mechanizm jest prosty. Serwis publikuje sensacyjny nagłówek, użytkownik klika, odsłona rośnie, a system reklamowy automatycznie dobiera ogłoszenia. Pośrednik bierze prowizję, wydawca resztę, a marka płaci za kontakt z odbiorcą, którego nigdy nie planowała pozyskać. Diabeł tkwi w szczegółach rozliczeń, bo nikt w tym łańcuchu nie ma interesu, żeby sprawdzać jakość treści.

Podmiot Rola Skąd czerpie zysk Odpowiedzialność za treść
Sieć reklamowa Pośredniczy w emisji ogłoszeń Prowizja od każdej odsłony Zwykle zrzucana na wydawcę
Giełda treści Kupuje i odsprzedaje materiały Marża na wolumenie publikacji Rozmyta między autorami
Platforma społecznościowa Dystrybuuje linki i zasięg Reklama i dane o użytkownikach Moderacja po fakcie
Wydawca treści Publikuje materiał Przychód z odsłon Teoretycznie pełna

Typowy przykład: niewielki portal kupuje tani tekst od giełdy, wrzuca clickbaitowy tytuł, a system reklamowy podpina ogłoszenia znanych marek. Żadna z tych firm nie zamawiała dezinformacji, ale każda zapłaciła za jej zasięg. I tu zaczyna się problem.

Moim zdaniem większą dźwignię ma dziś nacisk na sieci reklamowe niż na same redakcje. Sieć wie, dokąd trafiają pieniądze i może odciąć finansowanie serwisom łamiącym standardy, a pojedynczy wydawca po prostu przeniesie się tam, gdzie nikt nie sprawdza. To nie czarna magia, tylko kwestia tego, kto trzyma kurek z gotówką.

Ile zarabiają twórcy fake newsów: stawki, modele i realne liczby

Pytanie brzmi prosto: czy na fake newsach da się zarobić? Odpowiedź: tak, tylko nie w sposób, o jakim myśli większość ludzi. Nie chodzi o pojedynczy artykuł, który "wybuchnie". Chodzi o system.

Model jest znany od lat. Twórca stawia kilkadziesiąt stron z sensacyjnymi nagłówkami, wrzuca je do sieci reklamowej i czeka na ruch. Stawki za wyświetlenie bywają groszowe, ale przy odpowiedniej skali robi się z tego poważny pieniądz.

Model zarabiania Źródło przychodu Skala trudności
Sieci display Płatność za wyświetlenia Niska, ale stawki groszowe
Klikbajtowe nagłówki Płatność za kliknięcia Średnia, wymaga ruchu
Strony z afiliacją Prowizja od sprzedaży Wyższa, ale stawki większe
Kanały społecznościowe Reklama w treści Zależna od zasięgu

Diabeł tkwi w szczegółach. Sieci reklamowe deklarują walkę z dezinformacją, ale w praktyce rozliczają ruch, nie intencje autora. Wyobraź sobie typowy przypadek: ktoś prowadzi kilkanaście profili, publikuje wyłącznie emocjonujące tytuły, a reklamodawcy płacą, bo ich komunikaty trafiają do szerokiego grona. Nikt nie sprawdza, czy treść była prawdziwa.

Moim zdaniem model afiliacyjny działa groźniej niż zwykłe wyświetlenia, ponieważ płaci za konkretną akcję, a nie za samą obecność. Wtedy opłaca się pisać rzeczy, które popychają ludzi do decyzji. A fałsz bywa skuteczniejszy niż prawda.

Trudno podać jedną kwotę. Ceny w 2026 roku zwykle wahają się od kilku groszy za wyświetlenie do kilkudziesięciu złotych za skuteczne kliknięcie w niszy finansowej. Brzmi niedużo? Przy milionach odsłon miesięcznie suma robi wrażenie.

I tu zaczyna się problem. Bo dopóki płaci się za uwagę, a nie za prawdę, fake newsy będą się opłacać.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Pytania o fake newsy wracają jak bumerang, bo temat jest wygodnie mglisty. Nikt nie chce przyznać, że sam korzysta z systemu, który na dezinformacji zarabia. A jednak korzysta, choćby klikając w nagłówek, który specjalnie go sprowokował.

Czy fake news to zawsze celowe kłamstwo? Nie zawsze. Część to zwykłe niedbalstwo, pośpiech albo kopiowanie bez sprawdzenia źródła. Granica między błędem a manipulacją bywa cienka, ale konsekwencje bywają podobne to zagadnienie szczegółowo omawiamy w artykule "Propaganda i dezinformacja w Polsce 2026: kto produkuje, kto konsumuje".

  • Kto zarabia na fake newsach? Przede wszystkim podmioty monetyzujące ruch: serwisy klikbaitowe, sieci reklamowe i pośrednicy odsłon, dla których sensacja to tani surowiec.
  • Czy da się zmierzyć skalę zjawiska? Badacze próbują, ale metodologie mocno się różnią, więc podawanie jednej "twardej" liczby bywa mylące.
  • Jak rozpoznać treść nastawioną na zasięg, nie na prawdę? Zwróć uwagę na krzykliwy tytuł, brak autora, brak źródeł i emocjonalny język zamiast faktów.
  • Czy platformy ponoszą odpowiedzialność? Obowiązujące przepisy, w tym unijne regulacje o usługach cyfrowych, nakładają na nie pewne obowiązki przejrzystości i reagowania na zgłoszenia.
  • Co mogę zrobić jako czytelnik? Sprawdzić źródło przed udostępnieniem i nie nagradzać klikiem treści, która żyje wyłącznie z oburzenia.

Moim zdaniem spokojniejsze, wolniejsze dziennikarstwo działa lepiej niż wyścig o kliknięcia, ponieważ buduje zaufanie, którego nie da się kupić żadną kampanią reklamową. Wyścig wygrywa ten, kto pierwszy napisze coś szokującego. Zaufanie wygrywa ten, kto pisze prawdę, nawet gdy jest nudna.

Typowy przykład: wyobraź sobie nagłówek, który łączy prawdziwe zdarzenie z fałszywym wnioskiem. Ludzie udostępniają sam nagłówek, nie czytając treści. I tu zaczyna się problem.

Udostępnij: Facebook Twitter
Ten artykuł powstał przy wsparciu technologii AI.
Avatar Aleksandra Jankowiak

Autor serwisu Radio Szok

Interesuję się mediami i wolnością słowa – tym, jak informacje są przedstawiane i co czasem pomijają. Piszę komentarze, które mają skłaniać do samodzielnego myślenia, nie podawać gotowych ocen.

Czy ten artykuł był pomocny?
Bądź pierwszy!

Komentarze (0)

Dodaj komentarz